|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 1999 Gazety Lekarskiej Numer 1999-11 Intencje i prawo
Brakuje poczucia jedności Intencje i prawo Od szeregu miesięcy NRL i ORL w Warszawie nie potrafią porozumieć się w istotnych dla wzajemnej egzystencji sprawach. Obie zaskakują się uchwałami i poczynaniami, którym nawzajem zarzucają działania na szkodę samorządu lekarskiego i rozbijanie jego jedności. Kulminacją konfliktu stała się decyzja władz izby warszawskiej wstrzymująca od wrześniowego numeru kolportaż "GL" dla swoich członków. Mocnym posunięciem była uchwała Prezydium ORL z 6 października 1999 r., w której oskarżono NRL o aprobatę dla ustawy o świadczeniach pieniężnych z tytułu choroby i macierzyństwa. Zarzucono także prezesowi Krzysztofowi T. Madejowi oraz sekretarzowi Konstantemu Radziwiłłowi promowanie i popieranie zawartych w niej niekorzystnych dla lekarzy rozwiązań. Co się dzieje na szczytach władzy samorządu lekarskiego? To pytanie zadają sobie coraz szersze kręgi lekarzy. Na posiedzeniach obu organów, a przede wszystkim w kuluarach padają oskarżenia i pomówienia, mnożą się domysły i plotki. Zamiast poważnej merytorycznej dyskusji toczy się podjazdowa walka o racje, a może o coś więcej... Pechowa "13" Spór zaczął się od odwołania dr. Krzysztofa Makucha z funkcji przewodniczącego ORL w Warszawie na XIII Nadzwyczajnym Zjeździe. Wówczas to NRL dopatrzyła się błędów proceduralnych i manipulacji zjazdem. Wytworzyła się sytuacja patowa. Obowiązki przewodniczącego ORL zaczął pełnić dr Rafał Taczanowski. Jednak jej przedstawicielem w NRL pozostał dr Makuch. ORL kwestionowała jego prawo do pełnienia funkcji wiceprezesa NRL. Ta z kolei negowała jego odwołanie z funkcji przewodniczącego ORL. Relacje między radami uległy zaostrzeniu w czerwcu po przyjęciu przez NRL uchwały w sprawie obszaru działania i siedzib okręgowych izb lekarskich. Na Mazowszu utworzono dwie izby. Stołeczną i Mazowiecką. Taką decyzję ORL uznała za zamach na samorządność, gdyż podziału dokonano bez jej woli. Brakowało bowiem w tej sprawie uchwały Okręgowego Zjazdu w Warszawie. Rada warszawska bardzo zdecydowanie zareagowała. Wystąpiła do minister zdrowia o zaskarżenie do sądu tej kwestionowanej uchwały oraz innych godzących w jej prawa i działających na jej szkodę. Ale na wrześniowym posiedzeniu NRL uchyliła uchwałę. W tych wzajemnych kontaktach jest wiele niedopowiedzeń, obopólnej nieufności i podejrzliwości. Dlaczego tak się dzieje? Czy kryzys jest tymczasowy, niezamierzony, rozbudzony zbyt gorącymi emocjami? Czy raczej kryje się za nim coś poważniejszego? Zaplanowanego? Są wszakże ludzie i instytucje, którym nie na rękę jest silny, prężny i z określonym programem samorząd lekarski. Ale w takim razie kto ponosi odpowiedzialność za wymanewrowanie? Odpowiedzi jednoznacznych nie ma. Są słabości i kłopoty. Ale też pragnienie zakończenia sporów i ułożenia wzajemnych kontaktów jeśli nie w przyjazny, to przynajmniej cywilizowany sposób. Na postępowanie zgodne z prawem powołują się obie rady. Jednocześnie nawzajem dopatrują się nieprzestrzegania prawa ze strony przeciwnej. Eksperci prawni odmiennie interpretują przepisy wewnątrzizbowe. Nie ma tego, kto ustąpi pierwszy i wyciągnie rękę do zgody. Są gesty i geściki. Są gry i gierki. A pokoju jak nie było, tak nie ma! A w jaki sposób na niekorzystną sytuację patrzą sami zainteresowani? Pierwszy krok zrobiony Precyzyjny w swoich przypuszczeniach jest wiceprezes NRL Włodzimierz Bednorz. Przyczyny konfliktu upatruje w animozjach personalnych między niektórymi członkami NRL z Warszawy a innymi członkami NRL i ORL jednocześnie. Ale podkreśla, że z perspektywy Wrocławia nie orientuje się tak dobrze w tych personalnych układach. Z rozżaleniem przypomina, że był jednym z inicjatorów przyznania kolegom z Warszawy większej liczby mandatów do naczelnych władz izby niż to wynika z arytmetyki. Uważał wtedy, że oni z racji bliskości wielu spraw, doświadczenia i swojej wiedzy będą stanowili trzon merytoryczny NRL. "Niestety zawiodłem się, ponieważ akurat to środowisko jawi się w tej chwili wewnętrznie skłócone" - mówi dr Bednorz. Dodaje także, że z zewnątrz jest to postrzegane jako bardzo niedobry konflikt, a właściwie ferment, który uniemożliwia racjonalną codzienną pracę samorządu lekarskiego w Warszawie. Kluczem do jego rozwiązania powinno być wyjaśnienie wszystkich wątpliwości przez "Warszawę". Wszelkie kontrowersje związane z legalnością XIII Nadzwyczajnego Zjazdu, z wyborem władz, z błędami proceduralnymi powinny zostać usunięte. Dopiero po "wyczyszczeniu" swoich wewnętrznych spraw ORL może podjąć dialog i negocjacje z NRL. Bardziej radykalny w ocenach zdaje się być sekretarz NRL Konstanty Radziwiłł dostrzegający w łonie izby warszawskiej ogromny konflikt i walkę dwóch frakcji o władzę. Według niego NRL pośrednio jest uwikłana w tę sprawę i niesłusznie została posądzona o sprzyjanie dr. Makuchowi. Dr Radziwiłł stanowczo twierdzi, że na początku konfliktu doszło do jaskrawego złamania zasad prawnych przez ORL zarówno w trybie zwołania zjazdu, jak i jego przebiegu. Miały miejsce także nieprzyzwoite posunięcia podczas niego i po nim, m.in. w sposób siłowy usunięto dr. Makucha z jego gabinetu. Konstanty Radziwiłł nie ma wątpliwości, że te wszystkie kłótnie, spory, animozje i negacje osłabiają cały samorząd lekarski. Powodują obniżenie jego prestiżu i paraliżują wszelkie działania. Rodzą się wątpliwości legislacyjne dotyczące uchwał ORL. Czy są legalne, jeśli wyrzucono jednego członka w sposób nielegalny? Jeśli podpisują je ludzie do tego nie upoważnieni. To bardzo poważne zarzuty. Także rozgoryczenie i chyba zdumienie dr. Radziwiłła są ogromne. Sekretarz NRL wypowiada mocne słowa: "Sytuacja jest dramatyczna, bo podpalony jest lont pod samorządem". Ale dr Radziwiłł też nie do końca jest pesymistą, gdyż jednocześnie sądzi, że pierwszy krok w stronę porozumienia został już zrobiony. A jest nim decyzja dr. Makucha o zawieszeniu działalności w NRL. "W tej chwili ruch należy do drugiej strony" - uważa sekretarz NRL. Kto zada pytania A jak te zgrzyty opiniuje dr Krzysztof Makuch, którego osoba przez wiele miesięcy wydawała się największą przeszkodą w wyjściu z impasu? Były przewodniczący ORL w Warszawie i wiceprzewodniczący NRL twierdzi, że nie ma konfliktu instytucjonalnego. Jest natomiast bardzo niepokojąca próba rozgrywania prywatnych interesów przez osoby, które przegrały kampanię o prezesurę w samorządzie lekarskim. Uważa także, że próbowano mu wmówić autorytarny styl pracy nieodpowiedni na dzisiejsze czasy. Ale gdyby jego odwołanie było jedynym problemem w izbie warszawskiej to wystawiono by innego kandydata lub przedstawiono jemu zarzuty i doprowadzono do jego ustąpienia. A tak się nie stało. Łamie się prawo. On sam stoi w świetle plotek m.in. dotyczących wyjazdów zagranicznych. Jest pomawiany o malwersacje, które nie znajdują potwierdzenia. I tu mówi: "A mnie jest tak naprawdę wstyd, że doczekałem w swojej działalności zawodowej i społecznej takich zachowań wokół siebie i wokół naszego środowiska. I nawet nie ma odważnych, którzy zadaliby mi wprost drażliwe pytania". W to miejsce - zdaniem byłego przewodniczącego - kilka osób podejmuje decyzje w imieniu izby warszawskiej. Np. o wstrzymaniu kolportażu "GL". Także o niepłaceniu składek do NIL bez uzasadnienia. Gdyby ta sprawa miała służyć pozycji izby warszawskiej czy zmianie trybu funkcjonowania samorządu, takie działania można by usprawiedliwiać. Natomiast nic nie może usprawiedliwiać pieniactwa ani działań, które prowadzą do rozbicia. Nie ma konfliktu. Są próby rozbijania samorządu lekarskiego. Dr Makuch przypomina o totalitaryzmie w zarządzaniu. W poprzednim ustroju nie były potrzebne silne struktury prawne i samorządy zawodowe. Teraz też można wysunąć tezę, że komuś w rządzie potrzebne są słabe izby lekarskie. Im partner jest słabszy i tych partnerów jest więcej, wówczas brakuje strony, z którą nie tylko trzeba dyskutować, ale też się umówić. Warszawa jest sfrustrowana Przedstawiciele NRL jednogłośnie za perturbacje w samorządzie winią ORL w Warszawie. Ale ta izba sprawę widzi nieco inaczej. Jej honorowy przewodniczący dr Jerzy Moskwa przypomina o prawie okręgowych izb do pewnej samodzielności i autonomii. Twierdzi też, że zjazd będąc naczelną władzą ma prawo do powoływania i odwoływania osób odpowiedzialnych za kierunki działania niezgodne z tymi, które były ustalone na zjeździe. Nadzwyczajny Zjazd uchwalił wotum nieufności dla swego przewodniczącego. A w takiej sytuacji powinien on podać się do dymisji. Tak się jednak nie stało. Cała procedura była żałosnym spektaklem z próbą zablokowania odwołania, a później podważenia jego legalności. NRL kwestionując to nie ma racji - uważa dr Moskwa. Sugeruje też, że późniejsze zwołanie posiedzeń Komisji Wyborczej i Legislacyjnej w sprawie zmian w regulaminie wyborów służyło doraźnym celom. Dodaje, że sam Zjazd aż huczał od ataków, zaciętości i uporu w robieniu sobie na złość. Przekraczano granice dobrych obyczajów. Prezydium NRL, a właściwie garstka ludzi z nim związana zamiast szukać mediacji, zaogniała atmosferę. Natomiast pozostała część NRL jest niezorientowana. Wielu lekarzy z innych izb ma swoje kłopoty, nie zna kulis sprawy. I oni są manewrowani nie wiedząc o tym. "Prezydium zbyt emocjonalnie zaangażowało się w wewnętrzne sprawy izby warszawskiej i doprowadziło do zacietrzewienia obu stron" - mówi dr Moskwa. Przypomina też swoje wystąpienie, a także kolegi Madeja na marcowym Okręgowym Zjeździe z krytyką Prezydium ORL. Środowisko lekarzy izby warszawskiej jest sfrustrowane. Było oburzone tymi wszystkimi zjazdami w Warszawie, z wielkimi bankietami, przyjęciami, zaproszeniami gości zagranicznych. Wiele rzeczy robiono na pokaz. Kończąc mówi: "W tej chwili my, lekarze, jesteśmy zepchnięci na margines. O nas decydują wszyscy. Lekarze są oburzeni na działalność izby, że nie zajmowała się sprawami istotnymi, a spektakularnymi". Bardziej pogłębioną i syntetyczną analizę sytuacji proponuje wiceprzewodniczący ORL w Warszawie dr Ryszard Majkowski. Kwestiami do rozwiązania we wzajemnych stosunkach NRL z ORL są narzucanie woli, ale jednocześnie poszanowanie prawa, także zakres autonomii. Pamiętajmy - podkreśla Majkowski - że lekarze są wielkimi indywidualnościami, a w takich przypadkach trudniej jest o zgodę czy kompromis. Łatwiejsza sytuacja była w poprzedniej kadencji. Teraz reforma stwarza dodatkowe problemy. A lekarze nie są legislatorami ani politykami. Pierwsze pretensje ORL zaczęły się, gdy ukazywały się akty prawne i nie było w nich żadnych poprawek płynących z dołu z izby warszawskiej. Opinie i propozycje zmian przygotowywano wcześniej z wielkim poświęceniem i trudem, a następnie odsyłano do NRL. Ją zaczęto zatem obwiniać o nieprzekazywanie uwag wyżej. Następna sprawa to pretensje związane z awansem niektórych lekarzy na wysokie państwowe stanowiska. Takie zdarzenia powinny stanowić powód do dumy. Ale tak nie było. Dlaczego? Ci, którzy mieli podobne zdanie i opinię na temat problemów środowisk medycznych po awansie zaczynali inaczej "mówić". Następował konflikt interesów przedstawicieli samorządu i kolegów zasiadających teraz w ministerstwie. To rozbudziło ogromną nienawiść. Sytuacja skomplikowała się na XIII Zjeździe. Podczas przygotowań do Zjazdu NRL pozostawiła ORL dużą dozę samodzielności, ale w miarę upływu czasu napięcie rosło. Ujawniły się niedoróbki legislacyjne. Jednocześnie samorządność zaczęła przekraczać dopuszczalne granice, a NRL też nie bardzo radziła sobie z pojawiającymi się kłopotami. "Tak naprawdę jeszcze dziś nie jest możliwa rzeczywista ocena tego Zjazdu. Czy odbył się zgodnie z prawem, czy nie? Dziwię się trochę, bo żyjemy już w państwie prawa. Nie mamy żadnego autorytetu. To jest bardzo niedobre dla izby lekarskiej i dla środowiska, że nie jesteśmy w stanie powołać takiego autorytetu" - mówi zatroskany dr Majkowski. Wiceprzewodniczący ORL jest przekonany, że konflikt wynika z walki o władzę. Przedstawiciele władz izby warszawskiej mają ogromne ambicje. I to nie tylko u siebie, ale także dotyczą one NRL, a być może nawet Ministerstwa Zdrowia. Dlatego następuje atak na nieskuteczność działań NRL. Nie liczy się to, że nie miała ona ani możliwości, ani szansy. Wielokrotnie o braku lobby mówił prezes Madej. A bez lobby niewiele można wywalczyć. Politycy się cieszą W pojednawczym tonie wypowiada się jeden z najbardziej zainteresowanych w konflikcie - sekretarz Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie dr Lech Ruszkowski, choć wcześniej były kłopoty z uzyskaniem jakiejkolwiek jego wypowiedzi. "Nie zmierzamy do destrukcji. Chciałbym, żeby był pokój. Ale ORL, w której pełnię funkcję sekretarza jest od pół roku opluwana. Wiem jednocześnie - na to jestem dostatecznie stary - że politycy zacierają ręce, jeżeli widzą samorząd rozbity wewnętrznie. Ja nie chciałbym w żaden sposób przyczyniać się do jego rozbijania, ale wszystkie gałązki oliwne są od pół roku odtrącane. Izba lekarska w Warszawie jest w dobrej kondycji. Wszystkie ciała statutowe pracują normalnie. Niektórzy koledzy z NRL próbują wmówić nam jakiś tam "warszawski konflikt". Owszem, w ubiegłym roku był konflikt wewnętrzny zakończony odwołaniem Krzysztofa Makucha z funkcji przewodniczącego ORL na XIII Zjeździe 13 grudnia 1998 r. Zapewniam, że od następnego dnia do dziś nie zauważyłem żadnego konfliktu w Izbie. Natomiast od dziewięciu miesięcy NRL miała problem prawny. Było to utrzymywanie w swoim składzie osoby nieprawnej Krzysztofa Makucha w funkcji wiceprzewodniczącego NRL. Ta fikcja prawna była nie do obrony. Na szczęście i ten problem przestał istnieć, gdyż zainteresowany na wrześniowym posiedzeniu NRL zawiesił swoją działalność. Teraz warunkiem normalizacji byłoby przyjęcie stanu faktycznego i prawnego. Prezydium ORL w Warszawie upoważniło mnie do podania warunków progowych umożliwiających powrót do normalnej sytuacji. Po pierwsze, elektorat może oceniać i usuwać swoich przywódców samorządowych. Eskalowanie krzyku, że to bezprawne nie wnosi nic nowego do sprawy. Socjotechnika - "rejwach" - w przypadku Warszawy nie sprawdziła się. Następnie. Uchwały nie uchylone wyrokiem sądu obowiązują. Szanujmy nasze własne uchwały. Inni na to patrzą i oceniają stopień naszej powagi. Konstrukcje prawne w postaci uchylenia uchwały ORL zwołującej Zjazd w dwa miesiące po jego odbyciu mogą robić wrażenie propagandowe w środowiskach zastraszonych, ale nic więcej. Po trzecie, przerwanie żenującego spektaklu pt. wiceprzewodniczący Krzysztof Makuch i tak nie da się odpiłować od fotela w Radzie Naczelnej. Mógł sobie na to pozwolić PZPN z prezesem Dziurowiczem. Nas na to nie stać. Za duże koszty finansowe i prestiżowe. A na koniec. Okręgowe izby lekarskie są suwerennymi osobami prawnymi. Mają określony zakres autonomii w ustawie. Sterowanie centralistyczne samorządem to przeszłość. Na mocy uchwały wstrzymano dystrybucję jednego numeru "GL" wobec nie podpisania przez NRL umowy o warunkach dystrybucji. Tak naprawdę jest to problem dla naszych skarbników, aby się porozumieli. Trudna jest demokracja, kapitalizm i samodzielne byty prawne. NRL i ORL regulują swoje stosunki w sprawach skutkujących finansowo za pomocą umów. Życzyłbym sobie, aby "GL" udało się być formą wymiany wartościowych myśli oraz częściowo tłumić lęki lekarzy związane z nową rzeczywistością kreowaną przez reformę. Nie czytam was od pół roku. Jestem znudzony opluwaniem Izby Warszawskiej i tylko dwóch kolegów wymienionych z imienia i nazwiska zawsze w pejoratywnym kontekście. To do niczego nie prowadzi. Nie jesteście gazetą koterii, ale gazetą wszystkich lekarzy. Chciałbym was czytać". Przegrywa środowisko Konflikt między tymi najważniejszymi organami samorządu lekarskiego zaczyna wywoływać gwałtowny sprzeciw przedstawicieli pozostałych izb w kraju. Nie może być problemem zastępczym, uniemożliwiającym rozwiązywanie problemów prawdziwych, nie wyimaginowanych. Co myślą przewodniczący innych ORL o tym całym ambarasie? Stanisław Kamiński - przewodniczący ORL w Lublinie mówi, że: "Ludzie nie widzą wyjścia z tej sytuacji. Jeśli są głosy, że uchwały Okręgowego Zjazdu są podejmowane w sposób sprzeczny z regulaminem i z prawem, to nie można zabraniać odwoływania się od tych uchwał, i to organowi do tego uprawnionemu. Nie wolno tego robić, bo wtedy problem demokracji zmienia się w pseudodemokrację. Można się nie zgadzać z opiniami prawnymi, ale nie można ich lekceważyć, prześmiewać, naigrywać się i licytować cytując własne lepsze opinie. Stało się źle, że ludzie uczestniczący w konflikcie nie mają pokory. Z biegiem czasu tej pokory nabrał dr Makuch. Chwała mu za to. Szkoda tylko, że tak późno, bo ten czas doprowadził do nawarstwienia problemu i przeniósł konflikt na teren NIL. Dyskusyjne jest danie czy odebranie poparcia dr. Makuchowi przez OIL. Jest następna sprawa. Uchwała z 6 października 1999 r. o drukach ZUS ZLA, która prowadzi do wskazywania następnych osób, którym odbiera się prawo. Przecież to grozi rozbiciem Nadzwyczajnego Zjazdu. To jest tragedia. Powiadamiając opinię publiczną, że NRL uchwałą udzieliła pełnego poparcia projektowi ustawy przeinacza się fakty. Jest to błędna informacja. Mogę to powiedzieć, bo uczestniczyłem wówczas w obradach. Co to znaczy protest? Czy protest ma polegać na wyjściu z sali czy na przedstawieniu merytorycznych argumentów. A jeśli one są przegłosowane, to można zgłosić wotum separatum. Rozbicie środowiska prowadzi do degradacji naszego wizerunku wszędzie. My już nie jesteśmy właściwie traktowani, a będziemy jeszcze gorzej, dzięki nieodpowiedzialnym do sytuacji reakcjom niektórych osób. I dlatego apel. Jeśli coś chcemy zyskać, to możemy uzyskać, jeżeli będziemy się rozumieć między sobą. Jak nie będziemy się rozumieć, jesteśmy przegrani". Ryszard Golański - przewodniczący ORL w Łodzi mówi, że: "Jako członek NRL jestem uczestnikiem tego konfliktu. Jest to sprawa niezwykle przykra, bo jest to konflikt personalny w łonie warszawskiej izby, która nie jest izbą zwyczajną. Z racji swojej siedziby jest to izba o większym prestiżu. Przez jej pryzmat patrzy się w ogóle na samorząd. Tymczasem sytuacja wygląda tak, że koledzy warszawscy kontestują dr. Makucha jako prezesa izby okręgowej, piszą różne pisma do ministerstwa na NRL, nie zgadzając się z jej uchwałami. Mogę tylko powiedzieć, że metody działania jakie przyjmują koledzy warszawscy, jeden pełniący obowiązki przewodniczącego dr Taczanowski i sekretarz dr Ruszkowski są karygodne. Na pewno styl w jakim oni pracują budzi wiele zastrzeżeń. Zaczęło się od konfliktu wewnątrz izby warszawskiej. I przeniósł się on na konflikt między ORL i NRL. Na pewno ten konflikt robi źle całemu środowisku lekarskiemu i jego samorządowi". Edward Brzewski - przewodniczący ORL w Rzeszowie mówi, że: "Kolejne, wrześniowe posiedzenie NRL w dużej części poświęcono temu konfliktowi. I nie tylko ja, ale i inni przewodniczący okręgowych rad lekarskich są zdegustowani tym konfliktem. I ten konflikt nie przygasa, ale nabiera kolorów. Ostatnio uchwała ORL w Warszawie na temat wystawiania druków L-4 też pokazuje jak ten konflikt się zmienia i jak jest on śmieszny, niepoważny, wręcz dyskredytujący nas jako środowisko lekarskie. Niestety całe środowisko, ponieważ NIL (poprzez swoich przedstawicieli) i okręgowe izby nie potrafiły uporać się z tym konfliktem. Nie potrafiły wpłynąć na gremia zarządzające izbą warszawską, żeby ten konflikt przerwać. Niestety nie znam wszystkich szczegółów, które spowodowały konflikt. Ale obserwując pobieżnie jego przebieg myślę, że chodzi o personalia, o zawiedzione ambicje poszczególnych członków OIL w Warszawie". Maciej Szewczyk - przewodniczący ORL w Kielcach mówi, że: "Konflikt ten w całej rozciągłości potępiam. Uważam go za szkodliwy dla całego środowiska lekarskiego. Również za naganne uważam niektóre działania członków Warszawskiej Okręgowej Izby Lekarskiej". Lekarze poddają się walkowerem Wypowiedzi można mnożyć, propozycji konkretnych rozwiązań satysfakcjonujących obie zwaśnione strony brakuje. Niedobrze się stało, że lokalny problem został przeniesiony na cały samorząd. Osłabia on jego strukturę, choć jednocześnie wykazuje, że ta struktura nie była oparta na solidnych fundamentach. Ten konflikt jest pierwszym poważniejszym testem dla samorządu lekarskiego. Wypadł on niezbyt pomyślnie. Na pewno nie zabrakło determinacji, chęci, pracy. Zabrakło wyobraźni i umiejętności przewidywania. Zabrakło silnego poczucia jedności i nie poddawania się podszeptom złych doradców. Konflikt wykazuje jak trudno znaleźć "złote" proporcje między przestrzeganiem prawa, autonomią i samodzielnością oraz poprawnymi kontaktami między poszczególnymi członami składającymi się na jedność jaką jest samorząd. Na tym konflikcie tracą tylko lekarze. Inni przypatrują się z niedowierzaniem, politowaniem, a może z zadowoleniem. Nie muszą kierować swoich sił i środków na rzeczowy dialog ze środowiskiem lekarskim, na ustępstwa i kompromisy. Lekarze sami oddają co ich walkowerem. Grażyna Ciechomska ******* Pan Dr Marek Stankiewicz Redaktor Naczelny "Gazety Lekarskiej"
Szanowny Panie Redaktorze, Otrzymałem do autoryzacji swoją wypowiedź, która miała być fragmentem artykułu pt. "Intencje i prawo" p. red. Grażyny Ciechomskiej. Do samej wypowiedzi nie miałem zastrzeżeń - Pani Redaktor zgrabnie oddała jej wymowę. Jednak proszę o usunięcie jej z tekstu. Uważam bowiem, że sama idea tego artykułu jest wadliwa, a wykonanie niezadowalające. Ostatecznie realizację pomysłu Kolegium Redakcyjnego "GL" opisania wydarzenia, jakim było usunięcie z urzędu przewodniczącego jednej z okręgowych rad lekarskich i zdarzeń, które z tego powodu nastąpiły później, oceniam jako chybioną i nie tylko nie zwiększającą szans na uporządkowanie spraw w samorządzie lekarskim, ale petryfikującą nieporozumienia, nieprawdy i insynuacje wynikające albo z głupoty, albo ze złej woli. Nie może być - moim zdaniem - tak, że w artykule wielokrotnie używa się słowa konflikt nigdzie nie opisując ani faktycznego przebiegu tego zjawiska, ani, co jest mi szczególnie bliskie, jego istoty prawnej. Przyjdzie czas, wypowiem się w tej sprawie publicznie, a nie jak do tej pory, tylko na forum Naczelnej Rady Lekarskiej - tymczasem nie widzę możliwości występowania w tym artykule na równych zasadach z innymi dyskutantami, którzy w mojej ocenie ewidentnie mijają się z prawdą. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, w moim przekonaniu, powinien być naturalnym rozjemcą w tego typu - naturalnych przecież w dużych grupach ludzi - problemach, a głównym narzędziem jego władzy sądowniczej powinien być jego instytucjonalny lub lepiej osobisty autorytet. Otóż skutkiem (a może przyczyną: zamierzoną lub nieświadomą?) problemów, o których traktuje artykuł jest właśnie wystawienie na szwank autorytetów zarówno samej organizacji, jak i osób w niej działających. Intuicja podpowiada mi, aby w imię ochrony autorytetu urzędu, który sprawuję nie brać udziału w tumulcie, w którym nie sposób mówić o faktach i w którym misja samorządu lekarskiego jest równie ważna jak osobiste ambicje poszczególnych działaczy tej organizacji. Wyznaję bowiem zasadę, że w naszej działalności na pierwszym miejscu powinno stać dobro samej organizacji, a więc samorządu lekarskiego, na drugim miejscu dobro jej członków, a dopiero na trzecim dobro jej działaczy. Z poważaniem, Krzysztof Madej |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: lekarska@gazeta.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04