|
Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 1999 Gazety Lekarskiej Numer 1999-11 Łona do wynajęcia
Im więcej medycyna wie o człowieku, tym bardziej nie wie, co jej z człowiekiem robić wolno, a czego nie Łona do wynajęcia Z racjonalnego punktu widzenia człowiek - zgodnie z własnym systemem wartości - powinien pełnić rolę stymulującą wobec otaczającego go świata. Jest też prawdą, że coraz większa możliwość realizacji podmiotowości człowieka stwarza mu szansę doświadczania wolności w różnych sferach - od wyboru miejsca zamieszkania przez wybór zawodu, po wybór światopoglądu. Ale jak pisze J.Aleksandrowicz w "U progu medycyny jutra" (...) Musimy zwrócić się ku swemu wnętrzu, ku istocie człowieka, w której tkwi zdolność wyboru podmiotowego, gdyż inaczej zniszczymy nie tylko biosferę, lecz także człowieczeństwo w człowieku. Jest bowiem tak, że rozwój technosfery mylnie uznaliśmy za konieczny i niemal wyłączny warunek dalszego postępu we wszystkich dziedzinach życia. W całej rozciągłości powyższa myśl-przestroga odnosi się do tego, co możemy zaobserwować w medycynie. Wprowadzenie najnowszych zdobyczy techniki do medycyny powoduje określone skutki ekonomiczne i stwarza nowe dylematy etyczne, bo też nie jest łatwo odróżnić technikę od nauki, a postęp techniczny od postępu cywilizacyjnego. Deklaracja autoklonowania Niedawno amerykański biolog Richard Seed - ten sam, który na początku br. ogłosił, że zamierza sklonować istotę ludzką - wyraził gotowość sklonowania samego siebie. Jego żona Gloria jest skłonna do noszenia ewentualnego przyszłego sklonowanego płodu. Autoklonowanie - w tym wypadku polegałoby na pobraniu od R. Seeda jądra jednej z komórek somatycznych i wszczepieniu go do komórki jajowej dobrowolnej dawczyni. Tak powstała "zygota" byłaby następnie implementowana w ścianie macicy pani Glorii Seed. O swoim zamiarze - wbrew pięcioletniemu moratorium, czyli zakazowi doświadczeń z klonowaniem ludzi obowiązującemu w USA od 1997 r. - słynny biolog poinformował na początku września 1998 r. Bostońskie Towarzystwo Naukowe. Deklaracja Seeda nie może być zaskoczeniem dla śledzących dokonania amerykańskiej biotechnologii. Zastępcza matka za pieniądze W USA jest około 2,5 miliona bezpłodnych małżeństw. Większość z nich chce mieć potomstwo. Jeżeli jest popyt, będzie i podaż. Może to zapewnić współczesna technika. Ale potomstwo biologiczne cechuje łączność genetyczna. Od lat w USA rozwijają się technologie wspomagania rozrodu. Powszechne są ogłoszenia o poszukiwaniu płatnych dawców nasienia (50 dolarów) czy kobiecych komórek jajowych (2000 dolarów). Zdarzają się ogłoszenia w prasie o poszukiwaniu tzw. zastępczej matki. Przeciętna płaca dla zastępczej matki, która użycza swej macicy na donoszenie zarodka "bezpłodnej" pary małżeńskiej oscyluje wokół 10 tysięcy dolarów. Ale i tu panuje zasada, że czym wyższe wymagania tym wyższa cena. Dobrze obrazuje to ogłoszenie w "Boston Globe". Potrzebna zastępcza matka. Płatne 50 tysięcy dolarów plus zwrot za wszystkie wydatki związane z ciążą. Wymagania: wiek 22-25 lat, wysoka, zgrabna, z wysokim ilorazem inteligencji i zrównoważona emocjonalnie. Tylko poważne oferty. Dzwonić na koszt ogłoszeniodawcy. Rynek pośrednictwa (ang. baby brokers) w USA szybko się rozwija. Pośrednicy - instytucje i osoby prywatne - tylko w 1992 r. zawarli około 4 tys. kontraktów na donoszenie zapłodnionych komórek jajowych. Roczne dochody dla pośredników oblicza się na około 40 mln dolarów. Przeciętna cena dla klienta waha się w granicach 30-45 tys. dolarów za dziecko. W rękach nowej klasy biznesmenów rodzenie dzieci - czynność przez lata uznawana za jedną z najbardziej humanitarnych i obdarzonych godnością - staje się zwykłym dochodowym i czysto handlowym interesem. Kiedy kobieta zachęcona, nawet jak na Stany Zjednoczone, wysoką ceną zdecyduje się na podpisanie kontraktu o donoszenie dziecka, zostaje poddana wszechstronnym badaniom, często wielokrotnym próbom sztucznego zapłodnienia, musi pobierać środki hormonalne, wykonuje się u niej amniocentezę i testy genetyczne na obecność różnych schorzeń. Wiele prób zagnieżdżenia jaja płodowego - z oczywistych względów - kończy się niepowodzeniem. Na życzenie klienta - zwykle po wykryciu schorzeń genetycznych lub różnorodnych wad u płodu - musi poddać się zabiegowi aborcji. Aborcją często kończą się przypadki nieporozumień małżeńskich, separacji i rozwodów wśród genetycznych rodziców dziecka. Dziecko - umową o dzieło? W umowie o dzieło stosuje się zasadę - nie ma produktu, to i nie ma zapłaty. Niby to równoprawne strony zawierają cywilno-prawny układ, ale zazwyczaj ryzyko schorzeń związanych z hormonoterapią, ciążą i porodem obarcza... no właśnie, kogo? Czy kobietę, która "tylko" użycza swego łona na czas ciąży można nazwać matką? Takie kobiety coraz częściej - i dla odróżnienia od kobiet, które przeszły inne procedury związane z tzw. sztucznym zapłodnieniem - nazywa się niegenetycznymi lub ciążowymi zastępczyniami (ang. nongenetic, gestational surogates). I dlatego odpowiedź na sformułowane powyżej pytanie brzmi - nie, jeżeli powołać się na orzeczenia dwóch niezależnych sądów w Kalifornii. Precedensem - a w USA ma on znaczenie prawotwórcze - było orzeczenie Sądu Orange Country w stanie Kalifornia w 1989 r. w słynnej sprawie Marka i Crispiny Calvert przeciwko Annie Johanson. Wyrok i jego możliwe konsekwencje obszernie komentowały amerykańskie media. Dzisiaj jest już wiele fachowych opracowań i komentarzy na ten temat . M. in. opisuje ją Andre Kimbrell w swojej książce "The Human Body Shop" ("Sklep z ludzkim ciałem"). Niemal wszyscy są zgodni, że ta prawna wykładnia, ten pierwszy w historii zachodniego sądownictwa wyrok odbierający prawa rodzicielskie matce rodzicielce jest być może jednym z najważniejszych w bieżącym stuleciu. To zdarzyło się naprawdę W 1984 r. Crispina Calvert przeszła operację usunięcia macicy z powodu nowotworu. Lekarze wykonali tzw. oszczędną operację - usuwając tylko macicę i pacjentka zachowała jajniki i tym samym zdolność do comiesięcznych owulacji. Ale państwo Calvertowie bardzo chcieli mieć własne dziecko i poważnie rozważali możliwość "wynajęcia" zastępczej matki. W 1989 r. Anna Johanson, matka trojga dzieci, dowiedziała się o kłopotach Calvertów i zaoferowała im swoją pomoc. Poczyniono wstępne kroki i 15 stycznia 1990 r. podpisano kontrakt, z którego wynikało, że zarodek - efekt pozaustrojowego zapłodnienia Crispiny nasieniem Marka - zostanie umieszczony w macicy Anny i po donoszeniu ciąży i porodzie dziecko zostanie oddane Calvertom. Za usługę Anna miała otrzymać 10 000 dolarów wypłaconych w ratach. Ostatnia rata w wysokości 5 000 dolarów miała zostać wypłacona po urodzeniu dziecka i jego zrzeczeniu się na rzecz Marka i Crispiny. Pozaustrojowo zapłodnione jajo ostatecznie zostało umieszczone 19 stycznia 1989 r. w macicy Anny, która już od pewnego czasu przyjmowała leki hormonalne. Skuteczność takich zabiegów ocenia się na co najwyżej 15% , ale już po miesiącu potwierdzono ultrasonograficznie obecność żywego płodu. Niestety, w miarę upływu czasu (niektórzy ginekolodzy i położnicy nazywają taki stan "postępem ciąży") stosunki pomiędzy Crispiną i Markiem a Anną pogarszały się do tego stopnia, że na początku sierpnia Calvertowie zwrócili się do sądu o wydanie opinii, że to oni - Crispina i Mark - są prawnymi rodzicami nie narodzonego jeszcze dziecka. W tym samym niemal czasie z podobnym wnioskiem do sądu zwróciła się ciężarna Anna. W kilka tygodni później Anna urodziła zdrowego, ładnego, białej rasy chłopca, którego nazwała Mateusz, a Calwertowie - Krzysztof. Po kilkudniowych awanturach i naciskach prawników i znajomych Calvertów Anna, żeby zaoszczędzić "małemu" stresu, oddała czasowo "swoje" dziecko Crispinie i Markowi, zachowując prawo do jego odwiedzin. Kto więc jest matką ? W połowie października 1990 r. rozpoczął się proces i przesłuchania ekspertów na okoliczność wzajemnych powiązań i związków jakie powstają pomiędzy kobietą i dzieckiem, które rozwija się w jej łonie niezależnie od braku bezpośredniej więzi genetycznej. 22 października sędzia sądu stanowego w Orange Country (w jego granicach leży Los Angeles) Richard N. Parslow wydał bezprecedensowy, historyczny wyrok. Orzekł, że Anna Johanson nie jest matką chłopca, którego urodziła. Zdecydował tym samym, że odwieczna i tradycyjna definicja matki została zastąpiona inną, wynikającą z dokonującego się rozwoju technologicznego w dziedzinie rozrodu. W przypadku "pozbawionego bezpośredniej łączności genetycznej w zastępstwie ciążowym (ang. nongenetic surrrogate) kobieta, która urodziła nie ma prawnego tytułu do określania siebie matką." W uzasadnieniu wyroku ten rodzaj kobiet został przez sędziego Parslowa zaliczony do kategorii gospodarzy i nazwany ciążowymi nosicielkami dzieci (ang. gestational carrier of the child). Naturalnymi rodzicami dziecka uznano Marka i Crispinę Calvertów z powodu ich bezpośredniej łączności genetycznej z dzieckiem i konsekwentnie pozbawiono Annę wszelkich praw rodzicielskich, łącznie z prawem do odwiedzin dziecka. W prasie rozpętała się burza Publicznie wypowiadali się naukowcy, teolodzy, etycy i politycy, lekarze i psycholodzy. Opinie były skrajne. Od całkowicie popierających sądowe orzeczenie po potępienie w czambuł i posądzenia o skrajną głupotę i brak sumienia sędziego Parslowa. Oponenci wysuwali argumenty, że ciąża jest ważniejsza od poczęcia, a macierzyństwo jest nierozłącznie związane z porodem. Nawet zwolennicy sztucznego zapłodnienia wyrażali publicznie swe obawy, że w przypadkach postmenopauzalnego zapłodnienia u kobiet po utracie zdolności do naturalnego, biologicznego rozrodu matką - ze wszystkimi prawnymi konsekwencjami - zostanie dawczyni komórki jajowej, a nie kobieta, która urodzi dziecko. Prawnicy Anny natychmiast złożyli - do stanowego sądu apelacyjnego - odwołanie od wyroku. Powszechnie oczekiwano jego zmiany. Ale wspomniany sąd apelacyjny podtrzymał wcześniejsze orzeczenie. Niepogodzona z wyrokiem Anna Johanson - wspierana przez adwokatów i zachęcana przez licznych zwolenników batalii o "odzyskanie" dziecka - zwróciła się do Sądu Najwyższego Stanu Kalifornia. Wynajęcie macicy na okres ciąży I ten sąd, 20 maja 1993 r. odrzucił roszczenia Anny, wprost potwierdzając zasadność stosowania zasad prawa handlowego i konieczność wywiązywania się z warunków umów cywilno-prawnych, również umów o wynajęcie macicy (ang. rent a womb) na okres ciąży. W uzasadnieniu Sąd Najwyższy nie widział potrzeby prawnego rozróżnienia pomiędzy kobietami, które "wynajmują" macice i rodzą na zamówienie, a tymi kobietami, które podejmują niskopłatne zajęcia lub wykonują inne niedogodne i ryzykowne prace. Wyrok wszakże nie był jednomyślny. A jedyna kobieta w składzie sędziów, Joyce Kennnard publicznie uzasadniła swoje odmienne od większości sędziów zdanie tym, że (...) nie uważa za właściwe stosowanie zasad prawa handlowego odnoszącego się do praw własności i pospolitych dóbr do tak szczególnego dobra jakim jest dziecko. W tym bowiem wypadku nie chodziło o dostarczenie towaru, ale o przyszłość dziecka. Anna, zachęcona takimi słowami, zdecydowała się odwołać do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który bada sprawę tylko na gruncie zgodności orzeczenia z amerykańską konstytucją . Sąd Najwyższy nie dopatrzył się naruszenia zasad konstytucji i oddalił wniosek adwokatów. Anna przegrała sprawę W jakimś sensie dała się sprowadzić do roli "środowiska" dla wzrastającego dziecka, do roli fabryki szczególnego rodzaju produktu. Decydując się na rolę "macicy do wynajęcia" nie wzięła pod uwagę wpływu czynników emocjonalnych i psychologicznych. Nie ma w tej sprawie godności, która naturalnie towarzyszy poczęciu dziecka, ciąży i narodzinom. Rozwiała się duma z macierzyństwa i ojcostwa. Choć nie można wykluczyć pobudek altruistycznych w postępowaniu Anny, rzeczywistej chęci pomocy i uszczęśliwienia innych. Zawiodła się na sobie. Nie doceniła siły psychicznego związku, który nasilał się z upływem ciąży. Nie dość przemyślane zobowiązanie przerastało jej siły w miarę, jak w niej rozwijało się dziecko pochodzące od "obcych" ludzi. Ale przecież z każdym dniem stawało się ono coraz bardziej jej własne, choć jeszcze nie narodzone dziecko Dominacja biotechnologii? W całej sprawie dominuje technologia. Dominuje nad człowiekiem i człowieczeństwem. Zwyciężyła ekonomia towarowa - jak mówi ks. prof. Józef Tischner. Czy w tej historii są tylko przegrani? A może po stronie Crispiny i Marka też są jakieś racje? Przed laty Crispina zapadła na chorobę, która mogła ją zabić. Przeżyła. Jest młoda i pragnie ze swoim mężem mieć dziecko. Własne dziecko. Wymarzonego potomka. Ale Crispina sama nie może urodzić, bo nie ma macicy. Ale ma pieniądze, z których może zrobić użytek. Takie możliwości daje postęp techniczny. Współczesna technologia medyczna i ekonomiczne potrzeby kobiet takich jak Anna stwarzają techniczne możliwości zrealizowania marzeń takich, jakie ma Crispina. Tam, gdzie nie wystarcza już samo sumienie ... Między medycyną humanistyczną i wiedzą o człowieku istnieją napięcia i konflikty. Lekarz, który w przeszłości, jako pierwszy przeprowadził sekcję zwłok rzucił wyzwanie ówczesnemu humanizmowi. Współczesny humanista, który protestuje przeciwko wspomaganemu rozrodowi, rzuca wyzwania niejednemu lekarzowi. Dzisiejszy konflikt między medycyną a kulturą humanistyczną jest jednak głębszy niż kiedykolwiek. Istotę kryzysu zdaje się określać pewien paradoks. Im więcej medycyna wie o człowieku, tym bardziej nie wie tego, co jej z człowiekiem robić wolno, a czego nie. Wygląda na to, że specjalistyczna wiedza o człowieku przekroczyła jej wiedzę w sensie i bezsensie jego istnienia, o sensie życia, śmierci i choroby. Dlatego narasta nieufność do medycyny. Następstwem nieufności jest m.in. to, że w sam środek medycyny wkracza dziś prawo. A prawo potrzebne jest tam, gdzie nie wystarcza już samo sumienie. Jerzy L. Kurkowski |
Wstecz
W górę ekranu
Copyright (c) 2005
Korespondencja: lekarska@gazeta.pl
Uwagi techniczne: serwis@gazetalekarska.pl
Data utworzenia: 2007-04-04