
|

Gazeta Lekarska Przegląd numerów Gazety Lekarskiej Rocznik 2001 Gazety Lekarskiej Numer 2001-11 Oczekiwania, potrzeby i nadzieje
Po ośmiu latach
Z Krzysztofem Madejem, prezesem Naczelnej Rady
Lekarskiej rozmawia Ewa Gwiazdowicz
* Podstawowym zadaniem samorządu lekarskiego jest przywrócenie środowisku
tradycyjnie należnej roli społecznej. Wyraża się ona prestiżem społecznym,
zarobkami, możliwościami rozwoju, zarówno indywidualnego, jak i
grupowego oraz możliwościami wykorzystania swoich umiejętności czyli
praktykowania - to pana słowa sprzed 8 lat, kiedy po raz pierwszy
obejmował pan funkcję prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej i po raz
pierwszy kreślił na łamach "Gazety Lekarskiej"
"Oczekiwania, potrzeby i nadzieje". Czy dzisiaj pan je powtórzy?
- Te górnolotne postulaty pozostają aktualne. Samorząd jest przecież
po to, by pilnować interesów naszej grupy. Jej wizerunku. Natomiast zupełnie
innym zagadnieniem jest wypełnienie tych zapisów. Do tego potrzebne są
określone procedury postępowania i ludzie. To ich temperament, kultura i
doświadczenia sprzyjają realizacji zadań lub je utrudniają. Jak te
postulaty były realizowane? W sposób wysoce niezadowalający...
* Czyja to wina? Mam wrażenie, że lekarze nie są zaprzyjaźnieni ze
swoim samorządem.
- Nie można mówić, że rzesza członkowska jakiejkolwiek organizacji,
dotyczy to także państwa czyli obywateli, nie dorasta do swojej
reprezentacji. Jakkolwiek jest przecież to coś, co nazywa się zbiorową
kulturą środowiskową, a co sprawia, że środowisko "lepiej"
wybiera swoich przedstawicieli, lepiej kontroluje swoją władzę i lepiej
formułuje swoje oczekiwania wobec tej władzy.
* Rozmawiamy o 8 ostatnich latach funkcjonowania samorządu
lekarskiego, to 3/4 istnienia reaktywowanych izb. Jakie to były lata?
-Moim gorzkim doświadczeniem jest to, że samorząd przez cały okres
istnienia jest taki sam. Od czasów mojego poprzednika nie zmieniły się
ani metody pracy, ani jakość udziału w życiu publicznym.
* Nie udało się zastąpić entuzjazmu i spontaniczności pierwszych
lat skutecznym działaniem?
- To, że nie udało mi się zmienić stylu pracy samorządu, uważam za
swoją porażkę. Choć tak naprawdę moje możliwości zmienienia tego
stylu były ograniczone wobec woli ciał kolegialnych, a przecież
specyfiką organizacji, jaką są izby, jest kolegialność.
Mają one ustawowo zapisane szerokie zadania i kompetencje, ale w jaki
sposób je wypełnią, zależy od pomysłowości i powiedziałbym kultury
społeczno-politycznej jej członków. Jest to szczególnie trudne także
dlatego, że takim organizacjom jak nasza w dalszym ciągu trudno jest
odnaleźć się w strukturze naszego państwa.
Obserwując transformację ustrojową mam wrażenie, że brakuje
doktrynalnej wizji państwa. Najlepszym tego przykładem jest reforma
ochrony zdrowia - dokonano ogromnych zmian ustrojowych nie mając
podstawowej odpowiedzi na podstawowe pytania. Nawet język, którym posługiwała
się klasa polityczna dokonując tych zmian był językiem paradoksów.
Jedni twierdzili, że lekarzy jest wystarczająca liczba, inni, że - zbyt
wielu, zamykanie zakładów opieki zdrowotnej i wyrzucanie lekarzy z pracy
nazywano restrukturyzacją. Do tej pory nie wiadomo czy system opieki
zdrowotnej miał być oparty na rozwiązaniach rynkowych, czy ma zawierać
elementy troski społecznej, tzn. mówi się: pieniędzy jest za mało,
ale za te małe pieniądze musimy coś zrobić. Mam wrażenie, że państwo
polskie jest reformowane za pomocą prób i błędów - nie ma doktryny.
* Izby lekarskie powstały, zostały reaktywowane w 1989 r. Wtedy było
mniej niż 10 samorządów zawodów zaufania publicznego - ten obszar zapełniały
samorządy zawodów prawniczych, weterynarze, wkrótce pielęgniarki...
Teraz mamy prawie dwadzieścia ustaw o różnych samorządach zawodowych.
W tym samorząd diagnostów laboratoryjnych, omal nie powstał samorząd
fizjoterapeutów. Może ilość zdewaluowała ideę?
- Tworzenie się samorządów - jednego po drugim, nie jest realizowaniem
pewnej zasady organizacji życia zbiorowego, ale grą interesów. Widać
to wyraźnie na przykładzie nowo powstających korporacji - przykładem
niech będzie właśnie samorząd diagnostów laboratoryjnych, gdzie powołano
samorząd w sytuacji, gdy właściwie nie ma zawodu, lub samorząd
zawodowy architektów, inżynierów budownictwa oraz urbanistów.
Rolą samorządu nie może być wyrażanie wąskogrupowego interesu. Dopóki
samorządność będzie pomysłem na organizację państwa jako całości
i dopóki samorządność będzie się wpisywała w interes ogólnospołeczny,
będzie wszystko w porządku. Jeżeli natomiast samorządy będą redukowały
swoją rolę do wyrażania wąskogrupowego interesu swojej grupy
zawodowej, a politycy będą chcieli widzieć w nich tylko takiego
partnera, to taka samorządność ma ograniczony sens.
Samorządy zawodowe, tak jak one powstawały w dobie przełomu
ustrojowego, były formą sprzeciwu wobec państwa, które żegnaliśmy.
Państwa totalitarnego - jedna partia, jedna opcja. Styl sprawowania władzy
wszelakiej doprowadził do tego, że ochrona interesu społecznego poprzez
emancypację różnych grup zawodowych była postrzegana jako antidotum na
niedostatek tego państwa. Stąd idea korporacyjności. A teraz pojawia się
pytanie - może to droga prowadząca do nikąd i tej korporacyjności jest
za dużo? A polityka znowu zagospodarowuje wszystkie obszary. Jeżeli tak
jest, to cofamy się, idziemy w złym kierunku. Dla równowagi społecznej
potrzebne jest, by istnieli pewni przewodnicy, którzy poprzez pewne idee,
nadwyżkowe, ponad doraźną walką o władzę i pieniądze, wyrażają
troskę o dobro społeczne w sobie tylko właściwy sposób.
* Nadawanie uprawnień zawodowych i kontrola wykonywania zawodu, to
podstawowe zadania przypisane korporacjom zawodowym.
- Niektórzy krytycy samorządu zarzucają, że ogranicza on swoją działalność
do administrowania i jest w tym względzie restrykcyjny wobec członków.
Samorząd zawodowy jest instytucją prawa publicznego - wykonuje czynności
administracyjne w imieniu państwa i czynienie mu z tego powodu zarzutów
nie ma sensu.
Po to tworzyliśmy izby, by czynności administracyjne dotyczące
wykonywania zawodu były czynione przez nas samych, zakładając, że
zrobimy to lepiej i w lepszym stylu niż biura urzędów wojewódzkich.
Jestem przekonany, że powinniśmy doskonalić tę naszą administracyjną
sztukę, a przede wszystkim pracować nad stylem wewnątrzśrodowiskowej
administracji.
* To jeden wątek...
- Tak. Natomiast drugi jest taki: na ile samorząd zawodowy powinien
wychodzić ponad kompetencje administracyjne i realizować zadania ogólnospołeczne?
Na to pytanie nie ma jeszcze odpowiedzi. Na pewno jednak zmiana struktury
samorządu i wzmocnienie tego, co nazywamy władzą, sprzyjałoby
szybkiemu podejmowaniu decyzji, nie byłoby mechanizmu dyskutowania i
rozchodzenia się z niczym.
Powiedziałbym, że moje doświadczenia z 8 lat prezesowania prowadzą do
wniosku, że nasza organizacja jest źle pomyślana. Masowe odruchy są
dobre na czas przełomu i czas rewolucji, a ponieważ samorząd lekarski
rodził się w czasach przełomu, więc odzwierciedlał pewne
idealistyczne poglądy, że będzie zbiorowo dbał o swoje interesy.
Doskonale wiadomo, że czym innym jest masowo wyrażany odruch walki o swój
interes, prestiż, emancypację, a czym innym jest demokracja
przedstawicielska. Wydaje mi się, że tak, jak nikt już nie usiłuje
oprzeć państwa na zasadzie woli wszystkich obywateli, tak i samorząd
powinien strukturą przypominać organizację państwa, dużych
organizacji gospodarczych.
* To wymaga przede wszystkim zmiany ustawy o izbach lekarskich.
- Oczywiście. Należałoby zmienić zapis, iż w imieniu środowiska
lekarskiego i w imieniu samorządu wypowiada się zawsze organ kolegialny
(Rada, Prezydium). Musiałyby być powołane na gruncie tych organów
kolegialnych gremia zarządzające z daleko idącymi uprawnieniami
decyzyjnymi.
* Głównym orężem Rady Naczelnej powinna być jakość argumentów i
dobrze umotywowanych stanowisk, poparcie możliwie licznego środowiska -
to też pana słowa sprzed 8 lat.
- Chociaż nie odwołam żadnego z tych stwierdzeń, to muszę powiedzieć,
że żadne w praktyce się nie sprawdziło.
* Dlaczego?
- Dlatego, że nie sztuka mieć rację, sztuka przekonać do swojej racji.
Po pierwsze, żeby mieć rację, trzeba mieć zaplecze eksperckie. Samorząd
lekarski nie wypracował sobie takiego zaplecza.
* ?
- Przyczyną był właśnie nieprofesjonalny styl pracy. Żeby przyciągnąć
ekspertów, trzeba z nimi pracować na bieżąco. Naczelna Rada Lekarska w
ciągu ostatniej kadencji zebrała się 31 razy, miała do zaopiniowania
400 projektów aktów prawnych. Była jakże często tylko grupą
dyskusyjną, która zbiera się od wielkiego dzwonu i trawi wiele czasu na
proceduralne przepychanki. Na prawdziwą merytoryczną pracę czasu nie
zostawało zbyt wiele. Samorząd lekarski powinien funkcjonować za pomocą
profesjonalnych działów, które by na bieżąco współpracowały z
ekspertami. To jednak tylko połowa sukcesu. Ekspertyzy trzeba wykorzystać
- powinny być załącznikami do stanowisk. Tak się jednak nie działo.
* Wygląda na to, że stawia pan zarzuty sam sobie?
- Przyznaję, że nie udało mi się wprowadzić do struktur samorządu
mechanizmu, o którym mówię. Jednak ja, na ile mogłem sprofesjonalizować
swoją pracę i mogłem oprzeć się na dorobku ekspertów - realizowałem
to. Natomiast nie ulega wątpliwości, że w wielu sprawach samorząd nie
przejawiał woli sprecyzowania stanowiska i zdarzały się takie miesiące
i pory roku, w czasie których w Naczelnej Izbie siedziałem sam.
Jeżeli Naczelna Rada Lekarska okazała się ciałem nieskutecznym, to
dlatego, że składając się z ludzi o bardzo różnych poglądach
stanowiła forum dyskusyjne, a nie decyzyjne. Argumenty znosiły się w
czasie dyskusji, posiedzenia kończyły się niczym.
* Izby lekarskie postrzegane są jako instytucja nieustannego protestu
i negacji ...
- Powiedzmy jednak, kiedy Naczelna Rada protestowała. Na przełomie
kadencji. Do chwili, gdy premier Jerzy Buzek w grudniu 1997 r. był gościem
IV Krajowego Zjazdu Lekarzy i dostał huraganowe oklaski, a organy samorządu
lekarskiego przełknęły właściwie bez żadnego komentarza wystąpienia
innych prominentnych gości (w tym ministra Maksymowicza i wicepremiera
Balcerowicza, który przekonywał, że antidotum na problemy ochrony
zdrowia to zwiększony import cytrusów i poprawa jakości polskich szos).
W naszym samorządzie panuje nieustanna nerwica - czy mamy być
apolityczni, czy nie. Apolityczność według części środowiska jest
cnotą organizacji, jest do obronienia. Inni mówią - nasza sztandarowa
apolityczność jest naszą słabością. Jedyną drogą do skuteczności
jest udział w polityce. Niestety, w dzisiejszych realiach oznacza to przyłączanie
się do konkretnych opcji politycznych.
* Skoro inaczej nie można być skutecznym, to samorząd lekarski nie
obroni swojej apolityczności?
- Moje doświadczenie pozwala mi sformułować kompromisową tezę, że
dla samorządu lekarskiego "bycie politycznym" nie oznacza
wcale, iż np. prezes Naczelnej Rady Lekarskiej wisi u klamki jakiegoś włodarza
politycznego i przez niego "to coś" załatwia. Mam na myśli
taką aktywność polityczną, która polega na ocenianiu działań
polityków.
* A tego samorząd nie robił?
- Myślę, że samorząd lekarski przez ostatnie lata niestety był
polityczny, ale w inny sposób. Popierał określoną opcję polityczną i
nie krytykował ewidentnych niedostatków jej działania, tylko dlatego,
że nie chciał sprzeniewierzyć się, powiem eufemistycznie, postawie
poparcia. Bał się potępienia hegemona politycznego. I wyszedł na tym
źle, zapłacił najwyższą cenę - cenę odrzucenia i deprecjacji. Małowartościowości.
* A słabych się nie szanuje.
- Nie szanuje się partnera naiwnie spolegliwego.
* Czy po 8 latach prezes Naczelnej Rady Lekarskiej może powiedzieć
jednak coś pozytywnego o swojej organizacji?
- Samą wartością jest trwanie organizacji, to, że coraz bardziej
zapuszcza ona korzenie, zarówno w struktury państwa, jak i w świadomość
ludzką. Młody człowiek już decydując się na studia medyczne wie, że
dokonuje wyboru życiowego - przynależności do korporacji, do pewnej
rodziny. Myślę, że poczucie przynależności do grupy - każdej:
narodowej, zawodowej, rodzinnej - jest wartością samą w sobie. To jest
poczucie bezpieczeństwa.
Nie bałbym się samorządu jako organizacji prawa publicznego. Należy te
zadania wypełniać coraz lepiej, bardziej profesjonalnie i doskonalić
kulturę administracyjną.
Istotna jest rola instytucji samopomocowych. Jeżeli jakaś wewnątrzśrodowiskowa
głupota nie przeszkodzi, to można mieć nadzieję, że powstaną porządne
lekarskie instytucje samopomocowe - kasy samopomocowe, fundusze oszczędnościowo-kredytowe,
inwestycyjne. Działające w grupach towarzystwa ubezpieczeniowe,
leasingowe. To sprawa przyszłości, jednak jestem przekonany - nieodległej.
Nadzieją napawa ruch sportowy rozwijający się w naszej organizacji, któremu
z satysfakcją patronuję, nie dlatego, że jestem zagorzałym sportowcem,
ale dlatego, że jest to dla środowiska lekarzy i ich rodzin znakomita
oferta wypoczynku.
* Nie jest odosobnione zdanie, iż samorząd nie daje lekarzom
gwarancji obrony godności grupowej.
- Gwarancji nie daje, natomiast daje nadzieję... powiedziałbym, że
nadzieja jest najważniejsza.
Rzeczywiście nie podjął wielu działań, pewnie przez wielu z nas,
lekarzy, oczekiwanych. Dam przykład. Była wielokrotnie mowa, że samorząd
powinien reagować na wszystkie próby publicznego szkalowania lekarzy w
mediach. Ten postulat pozostaje w moim przekonaniu aktualny. Nie został
nigdy wypełniony. Powiedziałbym, że nie został wypełniony, bo nie było
nigdy zgody, jak go należy wypełnić. Rzuciłem kiedyś pomysł, że nie
chodzi o to, by pozywać dziennikarzy do sądu, gdy piszą ewidentną
nieprawdę, tylko, żeby rozpocząć postępowanie wyjaśniające w
sprawach, które są wszczynane przez dziennikarzy. Jeśli pojawia się
informacja, że np. lekarz popełnił ciężki błąd skutkujący krzywdą
pacjenta, to samorząd zawodowy powinien tę sprawę zbadać. W każdej
takiej sytuacji potrzebna jest konsekwencja i nieustępliwość, wyjaśnienie.
Często pojawiała się prasowa informacja, sprawa trafiała do
prokuratury lub nie i - słuch o sprawie ginął, a w świadomości społecznej
pozostawało przekonanie, że "było nie tak". Kiedy próbowałem
takimi sprawami zainteresować rzeczników odpowiedzialności zawodowej,
dowiadywałem się, że są oni zainteresowani sprawami, które wpływają
do nich, natomiast inne organy samorządu takich działań nie podjęły.
Jest to grzech zaniechania. Samorząd nie wypełnił tego, czego środowisko
po nim oczekuje. Wierzę jednak, że w przyszłości mój pomysł na
funkcjonowanie samorządu w tym zakresie doczeka się realizacji.
* Czy izby walczą o interes lekarzy? Ten postulat powtarzany jest
niezmiennie od 12 lat funkcjonowania samorządu.
- Hasło to ze względu na swoją rozpaczliwą ogólnikowość nic właściwie
nie znaczy. Samorząd będzie skuteczny wtedy dopiero, kiedy odpowie na
pytanie - co to jest interes lekarzy i kto jest przeciwnikiem. Na interes
lekarzy składa się ogromna ilość potrzeb: sprawy kształcenia,
bezpieczeństwa socjalnego, zarobków.
* A kto jest przeciwnikiem lekarzy?
- Do tej pory przeciwnikiem lekarzy było państwo, klasa polityczna i
zbiorowa głupota, która nie pozwalała w sposób naturalny rozwiązywać
problemów. W tym znaczeniu izby walczyły o lekarzy, ponieważ
przeciwstawiały się państwu i klasie politycznej nie dostrzegającym
związku interesu lekarzy z interesem ogólnospołecznym.
* W jaki sposób?
- Np. postulowały korzystny z punktu widzenia środowiska, kształt
rozwoju zawodowego czy korzystne formy prawne wykonywania zawodu, dyżurów
lekarskich. Nasuwa się automatycznie pytanie o efekt tej walki. Był on
mierny. Państwo okazało się silniejsze od lekarzy. Często
przeciwstawiało interes swojej administracji interesowi lekarzy.
* Jakie są pana oczekiwania i nadzieje związane z kolejną kadencją
izb lekarskich już nie pod pana przewodnictwem?
- Powtórzę, że wartością jest to, że samorządowi udało się trwać,
rozwijać, akumulować kapitał, szkolić ludzi, budować siedziby,
administrować itd. itd. Natomiast najbliższy zjazd krajowy, w grudniu
br., rozpoczynający IV kadencję samorządu pokaże, w jakim kierunku idą
izby lekarskie. Okaże się, czy dokonał się jakościowy skok, czy w
odczuciu lekarzy poziom kultury politycznej przyszłej Naczelnej Rady
Lekarskiej będzie wyższy od obecnego. Czy nowy prezes będzie bardziej
doświadczony i lepiej przygotowany do czekających go zadań.
A przede wszystkim, czy uda nam się uniknąć niebezpieczeństwa, jakim
może być zbyt mała wymiana kadr w kolejnych kadencjach. Bo wtedy izba
lekarska nie będzie rzeczywistym reprezentantem środowiska lekarskiego,
lecz zamknie się w małym światku działaczy "z początkowego
rozdania".
fot. Marek Stankiewicz
Gazeta Lekarska - pismo izb lekarskich. Wydawca: Naczelna Rada Lekarska.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.
|