Strona główna OIL
Strona główna PULS-u

   



Mój kontakt z bezpieką - Z życia (w PRL-u) wzięte

Colina Baada, attaché kulturalnego ambasady Wielkiej Brytanii w Polsce, poznałem w latach 60. na przyjęciu u mojego szwagra Eryka Lipińskiego. Był to młody człowiek, mówiący poprawnie po polsku. Miał bardzo miłą żonę, Holenderkę.
Z okazji święta Wielkiej Brytanii (bodajże urodziny królowej) zostałem przez Colina zaproszony z żoną na coctail do ambasady. Byłem z tego bardzo dumny (pierwszy raz w życiu na party w ambasadzie). W strojach wieczorowych wkroczyliśmy z żoną (również lekarką) do gmachu ambasady brytyjskiej. Było tam mnóstwo ludzi ze świata kultury - filmowcy, artyści, dziennikarze i na pewno, jak zawsze przy takich okazjach, dodatkowo - przedstawiciele bezpieki. Towarzystwo gromadziło się w małych grupkach i na stojąco, popijając whisky, gawędziło o tym i o owym.
W naszym "circle", o ile sobie dobrze przypominam, stali: szwagier Eryk z moją siostrą, Karol Małcużyński z żoną (lekarką), Zygmunt Kałużyński, KTT i chyba jeszcze Antoni Marianowicz. Po wypiciu dwóch drinków nabrałem ochoty na trzeciego. Zwróciłem się, do przechodzącego kelnera, żartując, ale poważnym tonem: Sierżancie, dajcie mi jeszcze jedną whisky. Kelner, jakby zapomniał, że ma udawać kelnera, stanął na baczność i rzekł: Tak jest - po czym oddalił się dziarskim, wojskowym krokiem. Po chwili przyniósł mi upragnioną whisky.
Kilka dni później, kiedy zapomniałem już o tym przyjęciu, do Zakładu Radiologii AM zadzwonił jakiś mężczyzna, prosząc do telefonu doktora Borowicza. Przedstawił mi się: Major Majewski. Chciałbym się z panem doktorem spotkać, o ile to możliwe (jaki grzeczny!). Powiedziałem: Niech pan wpadnie do mnie na dyżur. W umówionym czasie przyszedł skromnie wyglądający człowiek, pokazał legitymację bezpieki i przedstawił się. Czym mogę panu służyć? - spytałem. On na to: Czy bywa pan w ambasadzie angielskiej? Odpowiedziałem, że nie bywam, ale raz mi się zdarzyło. - A o czym pan doktor rozmawiał i kto tam był? - Panie majorze - odrzekłem - w ambasadzie angielskiej nie rozmawia się o polityce, gdyż byłby to nietakt. Rozmawialiśmy o pogodzie itp., a kto tam był, to pan doskonale wie. - A nie zechciałby pan bywać tam częściej? - zapytał major. - Może bym i zechciał, ale to nie ode mnie zależy. - My to panu załatwimy. - Dziękuję - odparłem - mam swój zawód i żadne dodatkowe zajęcia mnie nie interesują. I na tym skończyła się nasza rozmowa.
Po wielu latach, po powrocie z Libii w 1984 roku, zacząłem pracować w szpitalu MSW. Przez długi czas nie mogłem dostać etatu milicyjnego; starałem się o to nie dlatego, że kochałem milicjantów, ale z etatem tym łączyły się większe apanaże, a dodatkową korzyścią było to, że nie płaciło się mandatów za drobne wykroczenia drogowe. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że miałem haka w MSW - "bywał w ambasadzie angielskiej".
Dzisiaj, gdybym się starał o stanowisko ministra lub o poselską synekurę, Sąd Lustracyjny sędziego Nizieńskiego zrobiłby ze mnie współpracownika bezpieki. Ale się nie staram.

Jerzy Borowicz

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004  
Redaktor: puls@warszawa.oil.org.pl  
Data utworzenia: 2003-10-14